piątek, 11 grudnia 2009

Kasza

I kto by pomyślał, że gotowanie w towarzystwie dziecka może skutkować tyloma materiałami godnymi opisania!
W „normalnym” życiu człowiek stawiał garnek na gaz, wrzucał kluski jak się woda zagotowała a w międzyczasie (czekając na zagotowanie) przeglądał gazetę. Albo w ogóle nie gotował (człowiek, znaczy matka wariatka), tylko siedział i przeglądał gazetę wydając od czasu do czasu pomruki niezadowolenia w stronę stojącego przy kuchni małża „no co tak długo, głodna jestem”.
Wiadomo – nie lubisz – nie gotujesz.
A jak chcesz zjeść – idziesz na stołówkę fabryczną, zawsze znajdziesz coś jadalnego.
Kiedy jednak zostajesz przez kilka(naście) miesięcy w domu opiekując się dzieckiem, z wolna dochodzisz do wniosku, że żywienie się samymi kanapkami z czymkolwiek nie jest wskazane. A czekanie na małża, aż wróci z fabryki i coś do jedzenia spreparuje może skończyć się tym, że będziesz jeść wyłącznie śniadania (bo bez śniadania z domu nie wyjdzie, za to obiady jada w robocie a w porze kolacji albo gra w piłkę nożną albo siedzi z kumplami w knajpie na imprezie integracyjnej, albo nadgodziny robi, bo ważny projekt…).
Tak więc wraz z upływającymi na urlopie macierzyńskim/wychowawczym dniami dorastasz do tego, że stanie przy kuchni, w kuchni, obok kuchni, krojenie, smażenie, siekanie, odcedzanie, mieszanie w garnkach staje się elementem dnia codziennego, zwłaszcza, że dziecko rośnie i samym mlekiem się już nie zadowala. A z czasem nawet jedzeniem ze słoików też, niech to szlag!
Więc co?
Go-tu-jesz!
Ot, co.
Pół biedy, jeśli jesteś mamusią raczkującego bobaska (o ile mieszkanie masz dostosowane i zabezpieczone tak, że bezkarnie może pełzać po jego powierzchni bez możliwości zrobienia sobie krzywdy).
Jeśli jednak jesteś mamą ciekawskiego dwulatka, przydałaby ci się dodatkowa para rąk (lub kto wie, może nawet dwie), żeby jedną obierać ziemniaki a drugą podtrzymywać spadające z krzesła dziecko.
Ponieważ jednak masz, póki co, tylko jedną parę rąk, skazana jesteś na improwizację i własną pomysłowość.
Bierz przykład z matki wariatki, która to razu pewnego postanowiła przyrządzić kotleciki z resztek kaszy z wczorajszego obiadu (sprawdziwszy uprzednio w Internecie, czy to w ogóle możliwe – możliwe: kasza, cebula podsmażona, jajko, natka pietruszki, pieprz, trochę tartej bułki dla lepszego klejenia – wymieszać, uformować kotleciki, obtoczyć w jajku i tartej bułce, smażyć z dwóch stron, jeść).
Proste, kiedy się opisuje, nieco bardziej skomplikowane, gdy ma się u boku dziecko.
- Patrzeć – powiedziało dziecko stojąc na kuchennej podłodze i sięgając głową jedynie do blatu (jak to dwulatek) – mama, opa! (co w przekładzie na ludzki język znaczy „matko, podnieś mnie, bo chcę lepiej widzieć co tam fajnego robisz”).
- Nie, opa nie, przysuń sobie krzesło – poleciła matka a syn, o dziwo, dostosował się do polecenia.
W tym momencie matka wariatka pozwoli sobie wygłosić pełną żalu uwagę na temat tego, że nikt jeszcze nie wynalazł kojca/ stojaka/ taboretu, który umożliwiałby nieletniemu dziecku asystowanie przy czynnościach domowych na poziomie wyższym niż podłoga a jednocześnie zapewniał komfort i bezpieczeństwo.
Z braku tegoż pożądanego przedmiotu matka wariatka musi radzić sobie tak, że jedną nogą podtrzymuje krzesło, na którym stoi synalcio. Co skutecznie uniemożliwia poruszanie się po kuchni w celu dajmy na to wydobycia czegoś z lodówy lub szafki stojącej opodal. Matka puszcza wówczas krzesło, przeskakuje po niezbędny przedmiot nie spuszczając dziecka z oczu (czy aby już nie spada?), po czym jednym okiem nadal obserwując dziecko+krzesło drugim usiłuje odnaleźć potrzebną rzecz i hop! wraca czym prędzej na miejsce przy blacie i na powrót blokuje nogą krzesełko.
Dobrze, że kuchnia niewielka. Oto plus małego metrażu!
Ciekawe swoją drogą jak w takiej sytuacji poradziłby sobie małżu? Czy za każdym razem brałby dziecko na ubrudzone mąką ręce i razem zaglądaliby do szafek w poszukiwaniu przypraw? A może miałby zawczasu wszystko przygotowane na blacie i nie musiałby skakać po kuchni stresując się niepotrzebnie? A może za każdym razem zdejmowałby dziecko z krzesła i sprytnie wykorzystywał czas, który przeznaczy ono na ponowne wdrapanie się na przeszukanie lodówki/szafki/każdego innego miejsca z dala od krzesła przy blacie?
Jak myślicie?
A potem, jak tylko nabierze się wprawy w podtrzymywaniu i skakaniu jest już z górki. 
Dziecko bawi się w „wannie” (konkretnie w zlewie) w nalewanie wody do pozostawionych tam przez ciebie naczyń (musisz tylko pamiętać aby zawczasu powyciągać noże i szkło), robiąc powódź i tłukąc szkło, którego zapomniałaś wyjąć a ty w tym czasie kroisz, smażysz, mieszasz, przyprawiasz, panierujesz itp.
Uważaj tylko, bo jeśli przez chwilę zagapisz się lub pomyślisz o niebieskich migdałach możesz mieć zupę z bułki tartej w jednym talerzu, w drugim kranówę z jajkiem do panierowania a zachwycone dziecko będzie piło łyżeczką wodę z kranu lub rozpryskiwało ją po całym pomieszczeniu piszcząc z zachwytu: fontanna!

Pozdrawiam wszystkie dzielne mamy,
Wasza
matka wariatka

PS: kotleciki wyszły pycha  :)

 

środa, 9 grudnia 2009

Tort

W tym roku sama upiekę torta – pomyślała matka wariatka - Nie będę taka, że kupię w cukierni. Skoro Inne Matki umieją upiec samodzielnie, to ja też! 

To łatwe – powiedziały internetowe fora. Pieczesz biszkopt, wybierasz masę a potem przyozdabiasz. I już.

Hmmm, skoro tak, to znaczy, że każdy głupek potrafi (w tym ja ) – dowartościowująco pomyślała matka (wariatka).

No tak, moja mami też przecież piekła biszkopty, w takiej specjalnej okrągłej formie, pamiętam – przypomniała sobie dawne czasy matka wariatka – hmm, tylko skąd tu wziąć tortownicę, tę okrągłą formę, znaczy? (Chyba tak się to nazywa). Do mami specjalnie jechać? No nie, wiadomo, że nie, tyle kilometrów i w ogóle, czasu nie ma itp. Kupić trzeba. No to kupiła matka wariatka. Stała w markecie przy półkach z formami do pieczenia i wahała się kwadrans, czy zainwestować w drogą czy kupić najtańszą. 
- A co, jak biszkopt przywrze do najtańszej? – rozważała tracąc cenne minuty – może lepiej drogą, skoro piszą na ulotce, że do takiej nie przywiera, z powodu specjalistycznych substancji użytych do wytworzenia tego cudeńka? – hmm… - no trudno, tańsza, nie ma co przeginać, najwyżej przywrze, raz kozie śmierć. 
Zresztą, podobno jak się robi coś pierwszy raz, to zawsze się udaje. 
Forma kupiona.

- Mi tam biszkopt nigdy nie wychodzi – powiedziała M. kiedy matka wariatka pochwaliła się, że kupiła już tortownicę – próbowałam dwa razy i nie udało się więc według mnie nie ma prawa wyjść. Kupuję spody do tortów w Lidlu i z głowy.

- Hmm – zdziwiła się w myślach matka wariatka – to takie rzeczy można gotowe kupić? To po co ja SAMA chciałam biszkopt piec, w dodatku zamartwiałam się, że nie mam w domu specjalnego noża, żeby potem ten biszkopt pokroić i w ogóle. Dobrze, że noża nie kupiłam. To ja też kupię biszkopt gotowy, nie będę sobie roboty dokładać. A swoją drogą ciekawe czy ci w cukierniach też kupują biszkopt w Lidlu czy jednak swój pieką, kto ich tam wie – rozmyślała matka wariatka próbując przygotować w myślach dokładny scenariusz robienia tortu oraz listę zakupów.

Na wszelki wypadek kupiła czym prędzej spód tortowy, inwestując jakieś siedem zeta. No, całkiem nieźle, tanio znaczy, może się zaoszczędzi. Ale doliczmy tortownicę – dziesięć zeta – to już razem siedemnaście. A w cukierni tort pewnie ze trzy dychy, niebezpiecznie zbliżam się zatem do pułapu….
A może jednak nie warto?
Jak nie warto, tortownica jest? Spód kupiony? Wpakowałaś się, to ciągnij a nie marudzisz.

Dobra, co dalej? Dalej należy mieć koncepcję jak pięknie udekorować tort. Nie wystarczą byle esy floresy ani też kremowe różyczki, jak na tortach sprzed dwudziestu lat. Zresztą i tak matka wariatka nie ma takiego specjalnego urządzenia do robienia esów. A kupować nie chciała. Zainwestowała za to w pianki marshmallow, naczytawszy się jakie to cudeńka można tworzyć z tej masy. W Internecie się naoglądała i zamarzyła, że sama też tak zrobi, a co!
„Rozpuść pianki z odrobiną wody w kąpieli wodnej” – głosił przepis.
- Ciekawe co to jest kąpiel wodna dla pianek – zawahała się matka wariatka, poszperała jednak, dopytała i dowiedziała się. Zaopatrzona w niezbędne akcesoria zamknęła się zatem pewnego wieczoru w kuchni i zabrała do dzieła. Do robienia masy z pianek, znaczy.
Rozpuścić, dodać cukru pudru, wymieszać – łatwizna – orzekła matka wariatka.
Zatem rozpuszcza, dosypuje i miesza……….
- Co robisz? – zainteresował się małż
- Tort piekę – nie wdając się w detale odpowiedziała matka wariatka
- Acha, ale jakiś taki dziwny……….
- Nie dziwny, zwyczajny. Nowoczesny – zakomunikowała matka wariatka dosypując kolejną porcję cukru.
- A co to? – on
- Puder – ona
- O matko!!!! Co tak dużo???!!! – on
- Oddal się – ona
- Daaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaać – zawołało dziecko podglądające co tu się w tej kuchni wyczynia i domagając się słodyczy
- Chodź synu, nie będziemy mamie przeszkadzać – wybrnął z sytuacji małżu.
Matka wariatka zaś podzieliła wyrób na dwie części, jedną spryskała barwnikiem niebieskim, drugą żółtym i zniechęcona efektami swej pracy wrzuciła masę do zamrażalnika, niepewna, czy tak można robić oraz jakie to będzie miało konsekwencje.
Cóż, przyozdabianie masą to wcale nie taka prosta sprawa.
Może chociaż literki powycinam i poprzyklejam – rozważała usypiając matka wariatka – ale przecież nie mam foremek do wycinania literek. To jak, kupować? Specjalnie? Nie no a po co mi potem te foremki, przecież jak mi teraz tort się nie uda to więcej nawet nie będę próbować.
Ostatecznie foremki zostały wypożyczone od zaprzyjaźnionej Mistrzyni Wypieków, która przy okazji udzieliła kilku fachowych rad.

Masa.
Doskonałym źródłem przepisów dla kogoś, kto nie posiada ani jednej książki kucharskiej dotyczącej wypieków jest rzecz jasna Internet. Zatem otworzyła matka wariatka pierwszy lepszy serwis o pieczeniu ciast, ciasteczek i tortów, a jakże. 
No i co?
Wszystkie ale to absolutnie wszystkie przepisy na czternastoskładnikowe (co najmniej) masy, wymagające zrobienia skomplikowanych zakupów a następnie ucierania, mieszania, rozpuszczania opisywane były przez autorki jako arcyłatwe. 
Phi, każdy głupek przecież potrafi zrobić krem do tortu. A jak nie potrafi to może kupić gotowy w torebce, co nie?
Może, ale co, jeśli nie chce?
Jeśli nie chce z torebki, wybiera najłatwiejszy z netu. Zamiast od razu radzić się bardziej doświadczonych koleżanek. 
A potem nie śpi, tylko głowi się, niby w jaki sposób zrobi jakieś tam słodkie badziewie z białej czekolady, rzekomo przepyszne.
A w ogóle czy do masy z białej czekolady będzie pasował poncz z herbaty, którą to substancją należy nawilżyć biszkopt…..
Tyle pytań!
I skąd tu wiedzieć?
Może jednak lepiej było zamówić niewielki acz bardzo słodki torcik w pobliskiej cukierni i mieć z głowy problem?
Strasznie dużo trudnych wyborów stoi przed młodą (stażem) matką, która wzorem Innych Matek chciałaby urządzić Urodziny Doskonałe swojemu jedynakowi.

- Nie wiem z czego zrobić krem ani czym nasączyć ani czy w ogóle sobie poradzę – opowiedziała nareszcie swój „problem” matka wariatka M.
- Pomogę ci, razem upieczemy – zaproponowała M. uczynnie
- O! – ucieszyła się matka wariatka

I tak oto, pewnego słonecznego dnia w przeddzień imprezy urodzinowej M. przybyła z pomocą w towarzystwie córeczki. 
Świetnie, tylko jak tu urzędować w kuchni, kiedy w mieszkaniu plącze się pod nogami dwójka nieletnich, z których jedno urządziło dziką awanturę na widok biszkopta?
- Ciaaaaaaaaaaaaaaakoooooooo!!! – zawołał syn matki wariatki-aaaaaaaaaa-kontynuował wijąc się po podłodze.
Nie było wyjścia – matka wydobyła z czeluści szafki kuchennej ciasteczko czekoladowe aby zaspokoić chciwość małolata i uratować biszkopt .
A potem?
A potem już było z górki.
M. piekła, miksowała i przyozdabiała, matka wariatka wyciągała niezbędne akcesoria i składniki a dzieci zgodnie stały na jednym krześle kuchennym i lekceważąc zasadę „chrońmy środowisko – oszczędzajmy wodę” lały wodą z kranu na wszystkie strony i tylko z rzadka dochodziło do jakichś niesnasek i przepychanek.

Tort wyszedł cudny.
Matce zostało jedno zadanie – przyozdobić.
A ponieważ aktualne hobby jej synalka to pociągi, postanowiła wydobyć z głębin duszy swoje ukryte dotąd talenty plastyczne i przystroić tort najpiękniej jak umiała.
Tory, stacja, ludziki – żelki, nawet drzewo z różyczki brokuły.
A miały być tylko świeczki w specjalnych wagonikach, zakupionych zawczasu na allegro.

Można tort zamówić w cukierni (jak na pierwsze urodziny)
Można próbować piec samodzielnie (lecz jeśli ktoś ma dwie lewe ręce, lepiej niech nie próbuje, aby się nie zrazić do końca życia)
A można też wspólnie. Przedpołudnie szybciej upłynie i zabawa przednia.

Szkoda, że nie został ani kawałeczek aby Was poczęstować.
A o następnych wypiekach nie omieszkam poinformować,
Pozdrowienia
Matka wariatka