Tak. Jeśli ma się do wyboru obsługiwanie dzieci, robienie zakupów, wycieranie kurzu, ładowanie brudów na przemian do pralki i do zmywarki (pamietając o tym, że talerze jednak do zmywarki a szmaty do pralki) i tak w koło Wojtek, non stop kolor, dzień w dzień, to czasem czasu brakuje na napisanie kilku zdań.
Albo na przykład pomysł nadchodzi w trakcie smażenia naleśników na obiad. Wówczas owszem, można rzucić wszystko, zwłaszcza, że Nowa śpi, więc rzucić wszystko, zasiąść do kompa i napisać. Wówczas istnieje ryzyko, że nie zje się obiadu. Bowiem Nowa po przebudzeniu zarząda godzinnej sesji spożywania pokarmu lub też godzinnej sesji noszenia na rękach lub też czegokolwiek innego, absolutnie koniecznego teraz i tu!. (Tak, tak, wiadomo, że przecież nie trzeba wcale reagować na wszystie oznaki protestu małego dziecka, niemniej jeśli oznaki są coraz głośniejsze, połączone z wiciem się w dziecinnym bujaczku oraz ze smarkiem wylatujący z nosa, nawet najbardziej usilne próby ignorowania nie skutkują. Zły nastró udziela się rodzicowi, który to woli już odstawić na bok smażenie naleśników i zatkać paszczę wyjca poprzez wzięcie go na ręce.)
No.
Można także pisać w nocy. Kiedy rodzina śpi i nie zawraca gitary. Należy jednak pamiętać o tym, że w nocy gdy rodzina śpi, nadchodzi czas aby zająć się czynnościami typu: rozwiesić pranie, naszykować ubranie na jutro, odnaleźć kluczyki od samochodu, połączyć w pary skarpety wiszące od tygodnia na suszarce oraz wykonać jeszcze ze dwa miliony zbędnych czynności, których i tak nikt nie dostrzeże a które, niech to szlag, same z siebie zrobić się nie chcą.
Albo też olewając wszystko, zamiast pisać o zmierzchu, po prostu położyć się spać. I spać szybko, do pierwszej nocnej pobudki.
Tak więc pisanie póki co, zostało na czas pewien zawieszone na haczyku. Wisi tam i się kurzy.
Nie oznacza to jednak, że w rodzinie przestały się dziać ciekawe rzeczy, o nie, co to to nie.
I tak na przykład nie dalej jak w czwartek, ona wzięła Nową pod pachę i udała się po syna do placówki. Samochodem na szczęście. Syn w placówce nie odbył drzemki, zatem był mocno zmęczony. Najpierw więc urządził awanturę, dlaczego samochód tak daleko zaparkowany, on nie ma siły iść tak daleko. Zignorowała te nieuzasadnione pretensje i żale. Zapakowała towarzystwo do auta, upchnęła znaczy, przypięła pasami, ignorując protesty Nowej i jęki jej brata. Jadą w stronę domu. Na skrzyżowaniu dziecko starsze poprosiło o nową książeczkę.
Ech. Licząc na to, że książeczka złągodzi napiętą atmosferę, ona zamiast pojechać prosto, skręciła w lewo, w stronę sklepu z książeczkami. A że były godziny szczytu to utknęła w korku. Tam oczywiście Nowa zaczęła płakać.
Nowa, nie płacz, cicho, bo mnie głowa boli od twojego krzyku - krzyknął na nią brat.
Nowa nie lubi krzyków brata, zatem rozkrzyczała się bardziej.
No. Potem dotarli do sklepu, ona wypakowała wrzeszczące towarzystwo, zaciągnęła do księgarenki, wybrała książki, zapłaciła jedną ręką (w drugiej miała Nową) .
- Pić - powiedział syn
-W domu - na to matka
-Piiiić, chce mi się pić - syn
-W domu
- No mamo, chce mi się pić, pić, pić, pić, pić, piiiiiiiiiiiiiiiić.
Trwało to dokładnie 4 czerwone światła. Potem już tylko wypakować towarzystwo, kątem oka dojrzeć pobłażliwe spojrzenia przechodniów, wjechać na swoje piętro, rozdziać z kurtek, szaliczków, kombinezonów, nie słyszeć dalszych wrzasków, zignorować tarzanie się po podłodze, dać pić (syn wypił 2 łyki wody i jakoś mu się więcej pić nie chciało), karmiąc Nową czytać książeczkę, potem się trochę poprzytulać i czekac na powrót małża z roboty.
- A co by było, synu, gdybym ja też się tak zdenerwowała, jak ty się zdenerwowałeś?
- Rozpłakałabyś się? - ze zdziwieniem w głosie zapytał syn.
Może.