poniedziałek, 12 marca 2012

Australia

- Na szczęście, Mamo, u nas nie ma rekinów

- No nie ma. Na szczęście.

- U nas w rzece.

- Nie. W Austarlii są.

- Tak. Ale w Wiśle nie ma. A wiesz, mamo, ja bym chciał pojechać do Austarlii

- O, skoro byś chciał, to może kiedyś pojedziesz.

- Ale z wami bym chciał, z tobą i z tatą

- E...teraz to chyba niezbyt możliwe, wiesz

- O?

- No tak, teraz nie mamy tyle pieniędzy, tata musi zarabiać na przykład na twój serek czekoladowy i biały, to wtedy nie wystarczy na podróż do Austarlii, skoro musimy ten serek kupować...

- No to ja już od jutra nie chcę tego serka, wiesz, mamo?

- Hmm, to chyba i tak nic nie da. Nawet gdybyśmy ci go przestali kupować, to nie oszczędzimy na bilety na samolot tak szybko. Ale może kiedyś?

- Tak!

- Kiedyś, jak pójdziesz do pracy, zarobisz dużo pieniędzy, to będziesz mógł pojechać do Australii

- I ty też pójdziesz do pracy?

- Tak, i ja też

- No to wtedy pojedziemy.  Jak już urosnę. Ja i Emcia, wiesz? To razem wszyscy pojedziemy. I wiesz, wtedy, jak już będę duży i Emcia będzie duża, to nie będziemy razem mieszkać. Tylko wy osobno, ty i tata, a ja z Emcią. Bo ona będzie moją żoną, wiesz?

- Nie, siostra nie może być twoją żoną, będziesz sobie musiał poszukać innej

- O? A wiesz, mamo, ja już nie lubię chodzić do przedszkola, bo.....



środa, 4 stycznia 2012

W kuchni

Tak to już jest, że przyprowadziwszy po południu dziecko z placówki miałoby się ochotę posadzić je na trzy godziny przed telewizorem, następnie umyć, ułożyć do snu i cieszyć się względnym spokojem do rana.

Tak, tak, wiem, to tylko ja tak mam. Nikt inny. Większość, żeby nie rzec wszyscy pozostali rodzice spędzają popołudnia z pociechami w sposób kreatywny, twórczy i bardzo ciekawy.

No, my czasem też.

..........................................................................................................................................................................

Wcześniej:

Korzystając z tego, że Nowa spała, Jedna Taka postanowiła uprzątnąć w kuchennej szafie. Postanowienie wcieliła w czyn z tego względu, że nieład panujący wewnątrz mebla uniemożliwiał korzystanie z zapasów spożywczych w nim zgromadzinych. Opakowania przypraw zmieszane z pudełkami z ryżem i kaszą, mąka rozsypana na półce, resztki starych chrupek wszędzie i tego typu skarby sprawiały, że Jedna Taka przestała panować nad tym, co ma a czego brakuje. Doprowadziło to do zgromadzenia siedmiu opakowań ryżu i braku jakiejkolwiek kaszy.

Tak, tak, wiadomo, to tylko ona tak potrafi kuchnię zapuścić. Większość, żeby nie powiedzieć wszystkie, prócz niej, matki-opiekunki-kury domowe miały w swoich kuchniach idealny porządek, wszystko stało równiusieńko i żadne okruszki nie walały się na półkach.

Więc ona też tak chciała. I akurat nadarzyła się sposobność. Więc układała, segregowała, wyrzucała, przesypywała do pudełek i pudełeczek. Jednym słowem porządkowała.

Przeterminowanych rzeczy jednak nie wyrzuciła. Przeznaczyła na nie specjalny koszyk. Znalazły się w nim m. in. mąka kukurydziana, zeschnięta ciecierzyca, stare kiśle (kisiele?) i budynie oraz liczne inne zapomniane przez los i Wzorową Panią Domu artykuły, które nadawały się już tylko do wyrzucenia.

Lecz ona nie wyrzuciła. Zgromadziła. Następnie zostawiwszy rozgrzebany bajzel, udała się do placówki po syna.

A po powrocie:

- o, mamo! Mogę coś ugotować? - zapytało rozentuzjazmowane dziecko.

- tak. Masz tu swoje składniki i gotuj.

Dziecko przejęte zaczęło mieszać w garnku. Woda, mąka, kisiel, ciecierzyca, proszek do pieczenia, aromat waniliowy, przyprawa do grilla oraz wiele innych składników, które akurat znajdowały się w jego koszyku.

Wymieszał.

- Mamo, upieczemy babki! Włożymy to ciasto do foremek i upieczemy. I tak powstaną babki, wiesz?

- Nie

- Jak to nie? - zdziwiło się dziecko

- No nie, bo zrobiłeś niejadalne babki. Babki jadalne robimy z przepisu a Twoje były bez przepisu. To są niejadalne babki więc nie będziemy ich piekli.

- No to włożymy do zamrażalnika i zobaczymy co się stanie, dobrze, mamo?

- Zgoda.

JAk ustalili, tak zrobili.

W każdym razie oprócz zamrożonych babek w zamrażalniku znajdują się obecnie: słoik z wodą i pestkami papryki (woda oczywiście zamarzła), miseczka z wodą, kawałkami papieru i wtopioną w to łyżką (zamarznięte oczywiście) oraz zmoczone, zwinięte w kuleczki kawałki papierowych ręczników.

Więc, jakby co, zawsze będzie co do garnka włożyć żeby obiad upitrasić.

środa, 9 listopada 2011

Rano

Właściwie taka pora dnia jak rano nie powinna istnieć.

No dobra, może czasem niechby sobie była. Na przykład na wakacjach. Kiedy to w ciepły letni poranek dzieci hasają po porannej rosie a rodzice siedzą na ganku popijając kawę i kontemplując piękno przyrody.

Wówczas niech sobie rano trwa choćby i całymi godzinami.

Albo na przykład takie rano jak dawniej, wieki temu. Że w sobotni poranek leżąc w łóżku i pijąc kawę można było sobie czytać gazetę do południa. Lub nie czytać. Leżeć. Wstać na chwilę a potem znów poleżeć. Nie zostać zbudzonym przez nic ani nikogo. Takie rano także jest w porządku.

Lecz takie zwyczajne, codzienne rano, powinno absolutnie, kategorycznie zniknąć z rozkładu dnia.

W zwyczajne, codzienne rano matkę budzi płacz, względnie jęk. To Nowa oznajmia, że nastał nowy dzień. Po obsłużeniu Nowej czyli porannej porcji mleka i przewinięciu matka znajduje czas na przygotowanie kawy. A potem to już różnie. Czasem jest do pomocy ojciec a czasem już wyszedł zarabiać pieniądze. Oczywiście, jeśli jeszcze nie wyszedł jest nieco łatwiej. A kiedy wyszedł, jest trudniej. Syn mówi, że jeszcze raz chce bajeczkę i jeszcze, i jeszcze. I że właściwie to mógłby tak cały dzień bo przecież on nie chce iść dzisiaj do przedszkola. A jak już uda się mu wyperswadować bajeczkę, to wpadnie na pomysł, że zjadłby parówkę. I że właśnie teraz i tu, że nie chce śniadania w przedszkolu, tylko zrób mi, mamo, parówkę, to właściwie już nie będę jadł w przedszkolu, no zrób, obiecaj mamo, wiesz! Więc jak już dostanie swoją parówkę i skubnie troszkę, to mu się odwidzi, ale nadal w szlafroku, więc jeszcze pogoń, żeby ubrać. A potem odnaleźć rzucone gdzie popadnie wczoraj rękawiczki i czapkę. I "nie nie, mamo, nie chcę rękawic, bo mi ciepło mamo, wiesz". Nowa jęczy bo senna się robi pomału, więc już tylko jęczącą Nową zapakować w kombinezon, na koniec siebie zapakować w cokolwiek, pamiętać o kluczykach do auta i pościeli do przedszkola i chodu na dół. A tu winda akurat odjechała, choć syn wcisnął guzik i czekał. No odjechała. No mamo, widzisz, nie zdążyliśmy, widzisz, i znowu musimy czekać, wiesz mamo.

No mamo wie, i co z tego. 

Zapiąć pasy wszystkim, czasem zmagać się z synem, który konieczne sam musi sobie drzwi otworzyć a czasem na odwrót - otwórz mi mamo, bo ja nie mam siły. Podczas jazdy panuje względny spokój. A potem wysiąść "no mamo, dlaczego tak daleko zaparkowałaś", "mamo, co oznacza ten znak, o tam, zobacz, mamo" , przechodząc przez trawnik uważać aby nie wdepnąć w minę, potem szybki bieg , bo "biegniemy mamo?" z jednym dzieckiem w garśći a drugim w dłoni. I na koniec "zimno mi mamo, załóż mi rękawiczki" . To nic, że do przedszkola już dwa kroki a spóźnieni jesteśmy już skandalicznie. 

Rozpakować dziecko, wepchnąć w objęcia pani, wrócić z drugim do domu, rozpakować, nakarmić, uśpić i nareszcie można dajmy na to umyć włosy oraz zjeść śniadanie.

Zwykły dzień powinien zaczynać się około 10:00 i tego sobie i innym życzę. 

niedziela, 6 listopada 2011

Cisza

Tak. Jeśli ma się do wyboru obsługiwanie dzieci, robienie zakupów, wycieranie kurzu, ładowanie brudów na przemian do pralki i do zmywarki (pamietając o tym, że talerze jednak do zmywarki a szmaty do pralki) i tak w koło Wojtek, non stop kolor, dzień w dzień, to czasem czasu brakuje na napisanie kilku zdań.

Albo na przykład pomysł nadchodzi w trakcie smażenia naleśników na obiad. Wówczas owszem, można rzucić wszystko, zwłaszcza, że Nowa śpi, więc rzucić wszystko, zasiąść do kompa i napisać. Wówczas istnieje ryzyko, że nie zje się obiadu. Bowiem Nowa po przebudzeniu zarząda godzinnej sesji spożywania pokarmu lub też godzinnej sesji noszenia na rękach lub też czegokolwiek innego, absolutnie koniecznego teraz i tu!. (Tak, tak, wiadomo, że przecież nie trzeba wcale reagować na wszystie oznaki protestu małego dziecka, niemniej jeśli oznaki są coraz głośniejsze, połączone z wiciem się w dziecinnym bujaczku oraz ze smarkiem wylatujący z nosa, nawet najbardziej usilne próby ignorowania nie skutkują. Zły nastró udziela się rodzicowi, który to woli już odstawić na bok smażenie naleśników i zatkać paszczę wyjca poprzez wzięcie go na ręce.)

No.

Można także pisać w nocy. Kiedy rodzina śpi i nie zawraca gitary. Należy jednak pamiętać o tym, że w nocy gdy rodzina śpi, nadchodzi czas aby zająć się czynnościami typu: rozwiesić pranie, naszykować ubranie na jutro, odnaleźć kluczyki od samochodu, połączyć w pary skarpety wiszące od tygodnia na suszarce oraz wykonać jeszcze ze dwa miliony zbędnych czynności, których i tak nikt nie dostrzeże a które, niech to szlag, same z siebie zrobić się nie chcą.

Albo też olewając wszystko, zamiast pisać o zmierzchu, po prostu położyć się spać. I spać szybko, do pierwszej nocnej pobudki.

Tak więc pisanie póki co, zostało na czas pewien zawieszone na haczyku. Wisi tam i się kurzy. 

Nie oznacza to jednak, że w rodzinie przestały się dziać ciekawe rzeczy, o nie, co to to nie.

I tak na przykład nie dalej jak w czwartek, ona wzięła Nową pod pachę i udała się po syna do placówki. Samochodem na szczęście. Syn w placówce nie odbył drzemki, zatem był mocno zmęczony. Najpierw więc urządził awanturę, dlaczego samochód tak daleko zaparkowany, on nie ma siły iść tak daleko. Zignorowała te nieuzasadnione pretensje i żale. Zapakowała towarzystwo do auta, upchnęła znaczy, przypięła pasami, ignorując protesty Nowej i jęki jej brata. Jadą w stronę domu. Na skrzyżowaniu dziecko starsze poprosiło o nową książeczkę.

Ech. Licząc na to, że książeczka złągodzi napiętą atmosferę, ona zamiast pojechać prosto, skręciła w lewo, w stronę sklepu z książeczkami. A że były godziny szczytu to utknęła w korku. Tam oczywiście Nowa zaczęła płakać.

Nowa, nie płacz, cicho, bo mnie głowa boli od twojego krzyku - krzyknął na nią brat.

Nowa nie lubi krzyków brata, zatem rozkrzyczała się bardziej.

No. Potem dotarli do sklepu, ona wypakowała wrzeszczące towarzystwo, zaciągnęła do księgarenki, wybrała książki, zapłaciła jedną ręką (w drugiej miała Nową) .

- Pić - powiedział syn

-W domu - na to matka

-Piiiić, chce mi się pić - syn

-W domu

- No mamo, chce mi się pić, pić, pić, pić, pić, piiiiiiiiiiiiiiiić.

Trwało to dokładnie 4 czerwone światła. Potem już tylko wypakować towarzystwo, kątem oka dojrzeć pobłażliwe spojrzenia przechodniów, wjechać na swoje piętro, rozdziać z kurtek, szaliczków, kombinezonów, nie słyszeć dalszych wrzasków, zignorować tarzanie się po podłodze, dać pić (syn wypił 2 łyki wody i jakoś mu się więcej pić nie chciało), karmiąc Nową czytać książeczkę, potem się trochę poprzytulać i czekac na powrót małża z roboty.

- A co by było, synu, gdybym ja też się tak zdenerwowała, jak ty się zdenerwowałeś?

- Rozpłakałabyś się? - ze zdziwieniem w głosie zapytał syn.

Może.



środa, 14 września 2011

Bezszczelny

Małżu czyta, dziecko słucha. Czytają o Julku i Julce. Fajna rzecz. No i tam jest, że Julek jest nauczycielem a Julka uczennicą, że się bawią w szkołę. Cośtam, cośtam, aż tu nagle:

- Jesteś bezczelna! - woła nauczyciel - Julek (czyta małżu)

O, i wycieka z niej olej???? (dziwi się dziecko moje osobiste).


I za to właśnie kocham język polski. 

Bezczelny = bezszczelny, co nie?

A tak przy okazji, proszę o przykłady sytuacji, na których można wyjaśnić czterolatkowi co znaczy słowo bezczelny.