Właściwie taka pora dnia jak rano nie powinna istnieć.
No dobra, może czasem niechby sobie była. Na przykład na wakacjach. Kiedy to w ciepły letni poranek dzieci hasają po porannej rosie a rodzice siedzą na ganku popijając kawę i kontemplując piękno przyrody.
Wówczas niech sobie rano trwa choćby i całymi godzinami.
Albo na przykład takie rano jak dawniej, wieki temu. Że w sobotni poranek leżąc w łóżku i pijąc kawę można było sobie czytać gazetę do południa. Lub nie czytać. Leżeć. Wstać na chwilę a potem znów poleżeć. Nie zostać zbudzonym przez nic ani nikogo. Takie rano także jest w porządku.
Lecz takie zwyczajne, codzienne rano, powinno absolutnie, kategorycznie zniknąć z rozkładu dnia.
W zwyczajne, codzienne rano matkę budzi płacz, względnie jęk. To Nowa oznajmia, że nastał nowy dzień. Po obsłużeniu Nowej czyli porannej porcji mleka i przewinięciu matka znajduje czas na przygotowanie kawy. A potem to już różnie. Czasem jest do pomocy ojciec a czasem już wyszedł zarabiać pieniądze. Oczywiście, jeśli jeszcze nie wyszedł jest nieco łatwiej. A kiedy wyszedł, jest trudniej. Syn mówi, że jeszcze raz chce bajeczkę i jeszcze, i jeszcze. I że właściwie to mógłby tak cały dzień bo przecież on nie chce iść dzisiaj do przedszkola. A jak już uda się mu wyperswadować bajeczkę, to wpadnie na pomysł, że zjadłby parówkę. I że właśnie teraz i tu, że nie chce śniadania w przedszkolu, tylko zrób mi, mamo, parówkę, to właściwie już nie będę jadł w przedszkolu, no zrób, obiecaj mamo, wiesz! Więc jak już dostanie swoją parówkę i skubnie troszkę, to mu się odwidzi, ale nadal w szlafroku, więc jeszcze pogoń, żeby ubrać. A potem odnaleźć rzucone gdzie popadnie wczoraj rękawiczki i czapkę. I "nie nie, mamo, nie chcę rękawic, bo mi ciepło mamo, wiesz". Nowa jęczy bo senna się robi pomału, więc już tylko jęczącą Nową zapakować w kombinezon, na koniec siebie zapakować w cokolwiek, pamiętać o kluczykach do auta i pościeli do przedszkola i chodu na dół. A tu winda akurat odjechała, choć syn wcisnął guzik i czekał. No odjechała. No mamo, widzisz, nie zdążyliśmy, widzisz, i znowu musimy czekać, wiesz mamo.
No mamo wie, i co z tego.
Zapiąć pasy wszystkim, czasem zmagać się z synem, który konieczne sam musi sobie drzwi otworzyć a czasem na odwrót - otwórz mi mamo, bo ja nie mam siły. Podczas jazdy panuje względny spokój. A potem wysiąść "no mamo, dlaczego tak daleko zaparkowałaś", "mamo, co oznacza ten znak, o tam, zobacz, mamo" , przechodząc przez trawnik uważać aby nie wdepnąć w minę, potem szybki bieg , bo "biegniemy mamo?" z jednym dzieckiem w garśći a drugim w dłoni. I na koniec "zimno mi mamo, załóż mi rękawiczki" . To nic, że do przedszkola już dwa kroki a spóźnieni jesteśmy już skandalicznie.
Rozpakować dziecko, wepchnąć w objęcia pani, wrócić z drugim do domu, rozpakować, nakarmić, uśpić i nareszcie można dajmy na to umyć włosy oraz zjeść śniadanie.
Zwykły dzień powinien zaczynać się około 10:00 i tego sobie i innym życzę.
Tęskno mi za porankami, obecnie w moim słowniku nie ma takiego słowa, początek dnia-początek obowiązków:-)
OdpowiedzUsuńGenialnie prawdziwe.
OdpowiedzUsuńDziękuję za odwagę :)
Twój blog jest wyśmienity!
OdpowiedzUsuńWejdź na semblanceofmylife.blogspot.com
haloooo!!! Matko wariatko!!! jak minęły święta?
OdpowiedzUsuń