czwartek, 2 czerwca 2011

W miejskiej dżungli

odcinek kolejny.

Phi, pomyśli sobie nie-rodzic. Wielkie halo dostać się na drugi koniec miasta. Zwłaszcza miasta, w którym jeździ niezliczona ilość autobusów, tramwajów a nawet "podziemskie metro" (to określenie synalka Jednej Takiej).

Otóż, drodzy nie-rodzice.

Nie wiem jak to jest w innych miastach czy miasteczkach, lecz w mieście stołecznym podróż z niemowlęciem w wózku poza obszar własnej dzielnicy to nie lada wyzwanie. Wyobraźcie sobie bowiem (choć pewnie to trudne do wyobrażenia) , że w centralnym miejscu Warszawy , gdzie akurat Jedna Taka potrzebowała się dostać, nie przewidziano, że wpadnie do głowy znaleźć się matce z dzieckiem w wózku.  Tramwaj zatrzymuje się - wysiadasz - z lewej schody do podziemia, z prawej schody do podziemia - nie ma siły, aby przedostać się na drugą stronę ulicy - musisz potuptać po tych schodach. No chyba, że jesteś miejskim gołębiem - wtedy przefruniesz. 

Lecz jeśli zapomniałaś akurat skrzydeł - kombinuj.

Dla osobników z wózkami oraz tych bez skrzydeł windy nie przewidziano. 

Pewną kombinującą Jedna Taka spotkała ostatnio, jak tarabaniła się z wózkiem po rzeczonych schodach. Zaoferowała nawet pomoc i DOPIERO wtedy znalazł się w pobliżu dżentelmen, który Jedną Taką w tej pomocy wyręczył.

Jedna Taka na trudy podróży znalazła sposób.

Jaki?

Lansik w chustą!

Lansik z chustą umożliwia w miarę sprawne przemieszczanie się z miejsca na miejsce i ma przy tym wiele zalet. Po pierwsze - nie trzeba nikogo prosić o pomoc podczas wsiadania do wysokopodłogowego autobusu.  Ponadto nie trzeba nikogo donośnym głosem przepraszać, aby odsunął się z miejsca przeznaczonego dla wózków. Oprócz tego, z dzieckiem w chuście stajesz się nagle WIDZIALNA. Tak jak pasażerownie nie dostrzegają ciężarnych, emerytów oraz rodziców z dziećmi w obu rękach (że aż trzeba kampanie społeczne robić, aby zaczęli dostrzegać), tak matkę z niemowlęciem w chuście spostrzeże KAŻDY, ale to absolutnie każdy pasażer. Oraz przechodzień i kierowca.  I ten każdy pasażer nie omieszka potrącić cię i z troską w głosie wskazać miejsce siedzące. Lub co dziwniejsze ustąpić własnego. 

Tego typu lansowanie niesie ze sobą jednak pewne mankamenty. Liczyć się należy z tym, że wiele osób będzie cię zagadywać (a czy temu dziecku to wygodnie/ a czy nie wypadnie/ czy się pani nie boi, że się ta chusta rozwiąże) i pouczać ( że to na pewno niedobre, bo źle wpływa na kręgosłup dzidziusia).

Wystawione na widok publiczny dziecko sprawia, że ludzie częściej się uśmiechają i zaczynają gugać z zachwytu.

A kiedy zdarzy Ci się wśród tłumu przechodniów spotkać Innego Osobnika z Dzieckiem w Chuście - wymieniacie porozumiewawcze uśmieszki w stylu "witaj w drużynie". 

Dość często też służysz jako doradcza chustowy (pani spojrzy  czy dobrze zawiązałam/ od jakiego wieku można tak dziecko nosić/ ja próbwałam, ale mój syn protestował).

I oprócz tego, że chustonoszenie umożliwia nawiązywanie międzyludzkich kontaktów, sprawia, że można przy odrobinie szczęścia przyswoić kilka życiowych prawd.

Takich jak ta zasłyszana ostatnio w tramwaju. Dwie młode, modnie ubrane, zaspokoiwszy ciekawość, że czy wygodnie, że czy nie wypadnie i o boże, jaka ona ładna (Nowa, znaczy, a nie matka Nowej) tak oto podsumowały chustowy lans:

- No tak, wiesz, bo teraz modnie jest dzieci w takie szale specjalne owijać. One długie są, słyszałaś? Pięć metrów!

- No, długie, długie. Ale lepiej w szal niż z wózkiem po mieście jeździć. Jak ci nikt nie chce pomóc.

- No i dlatego, moja droga, KIEDY NIE MASZ SAMOCHODU NIE POWINNAŚ MIEĆ DZIECI.

I co Wy na to?

5 komentarze:

  1. Dobre:) Ja nie mam auta:) ani chusty:) No i co? Autobusem nie jechalam już 9 miesiecy, ale 120 tysieczne miasto to wszedzie 'blisko', tarabanimy sie wozkiem:) A gdy schody? Robimy okrazenia. Albo nie chodzimy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam :)
    Bardzo ciekawy blog :)
    Zapraszam do siebie. Robię figurki z masy solnej na zamówienie. Może kiedyś się przydam :)
    Pozdrowionka!

    OdpowiedzUsuń
  3. "jak nie masz smochodu to nie powinnas miec dzieci" Co ja na to?
    No... nic tylko sie obawiam, ze gdyby rodzice tych mlodych mysleli tymi kategoriami to one by sie pewnie nigdy nie urodzily.

    OdpowiedzUsuń
  4. LOOOL :D Implikacja jasna jak słońce :) Tylko jakim cudem 50 lat temu ludzie radzili sobie z dziećmi? Schody już wtedy były, jakaś namiastka komunikacji miejskiej też. A samochodów jak na lekarstwo :D

    OdpowiedzUsuń
  5. coś w tym jest, ostatnio mi też się zdarzyło parę razy tak pomyśleć... kiedy wybraliśmy się do babci, kilkoma busami z przesiadkami, a w niedzielę to jeszcze na każdy trzeba było czekać ponad godzinę... naprawdę się odechciewa. cały dzień stracony, żeby przejechać 100 km, samochodem to chwilunia... ale lepszy będzie inny inny morał - nie masz samochodu, a masz dziecko - siedź w domu i nie zapuszczaj się na odległe wsie ;)

    OdpowiedzUsuń