poniedziałek, 30 maja 2011

Spacer

Phi, cóż w tym wielkiego żeby wyjść latem na spacer, nawet i  z dwójką dzieci. Zimą, to dpiero wyprawa, że hoho! Kurtki, czapy i kozaki, wiadomo - masakra. Ale latem? Prosta sprawa. 
Może i prosta ale na pewno nie w rodznie Jednej Takiej.
Najpierw dziecko starsze musi się dobudzić z drzemki. Potem należy je zmusić by coś zjadło. Zje albo i nie zje. Potem należy zmusić żeby się ubrało. No bo choć na dworze gorąco, na golasa jednak wyjść nie wypada. A kiedy już te wszystkie kwestie zostaną załatwione i dziecko starsze stoi pod drzwiami i niecierpliwie szarpie za klamkę, pozostaje jedynie sprawdzić czy nie zapomniało się zapasowych pieluch i ubranek dla Nowej oraz ciepłej odzieży na wypadek wieczornego chłodu dla wszystkich, piciu i innych Niezbednych Akcesoriów, bez których nie należy oddalać się z domu choćby na pięć minut.
Nie należy także zapomnieć zabrać ze sobą Nowej.
Zresztą ona nie daje o sobie zapomnieć.
Potem tylko wtarabanić się do windy, z wózkiem, z rowerkiem, zjechać, przypomnieć sobie, że nie zabrało się kremu z filtrem i psikadła na meszki, pogonić małża na górę, odczekać z niecierpliwiącym się Starszym i domagajacą się noszenia na rękach Nową i nareszcie można ruszyć na SPACER.
Więc tak: Starszy na rowerku biegowym (cholerka, zapomnieliśmy o kasku! No trudno.), Nowa w wózku, najlepiej żeby czym prędzej zasnęła. A Jedna Taka pod rękę z mężem. Cóż za sielankowy widoczek w to niedzielne popołudnie, nieprawdaż.
Do czasu.
Starszy pędzi na rowerku ile sił w małych nóżkach, nie oglądając się za siebie. Ani też nie rozglądając na boki. Pędzi zatem małżu. No bo wiadomo, przypilnować jednak trzeba. To nie leśna ścieżka lecz miejska ulica, nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć.
Nowa w wózku pokwękuje, spać nie chce aż ostatecznie rozwrzaskuje się do tego stopnia, że Jedna Taka wkłada ją w chustę (którą przezornie wzięła ze sobą).
Potem jakiś przystane w parku, pogawędka ze znajomymi, opędzanie od meszek i tak z wolna mija niedzielne popołudnie.
Hmm, czas by wracać. Lub choćby pomału zwracać się w stronę domu.
Ale jak, skoro Starszy bawi się w najlepsze i nie docierają do niego żadne argumenty.
No, nareszcie dał się jakoś przekabacić.
Fru! I tyle go widzieli!. Popędził co koń wyskoczy, aż trudno uwierzyć, że na takim sprzęcie można się tak szybko poruszać. Małżu goni.
Jedna taka szybkim krokiem spieszy za nimi, bujając Nową w wózku, ponieważ kiedy zasnęła, zdołała ją przełożyc z chusty.
Starszy zatrzymuje się i oświadcza, że się zmęczył. Nowa budzi się i oświadcza, że chce na ręce.
No to mamy teraz widok oto taki: Jedna Taka z dzieckiem na rękach, Starszy prowadzący wózek, niczym taran, przed sobą i małżu z rowerkiem w ręce.
A do domu kawał drogi jeszcze.
Jedna Taka przyśpiesza kroku.
- Mamo, zaczekaj na nas! - nawołuje Starszy.
Nie chcąc ryzykować grubszej afery matka grzecznie "zaczekuje".
Potem jeszcze tylko mała awanturka obok placu zabaw (nie chcę do domu, nieeeeeeeeee) oraz coraz głośniejsze leee leee leee Nowej, która w ten sposób domaga się kolacji i już jesteśmy z powrotem.
Radzę Wam, moi drodzy - poważnie się zastanówcie czy warto spacerować.
Może lepiej podziwiać świat z perspektywy balkonu?

2 komentarze: