W "Wysokich Obcasach" trwa dyskusja pomiędzy tzw. "nierobami" czyli matkami niepracującymi a matkami zapracowanymi, czyli godzącymi pracę zawodową z obowiązkami domowymi. Nie zamierzam brać w niej dyskusji. Niemniej nie da się ukryć, iż od trzech z okładem lat zaliczam się do grupy "nierobów" i "próżniaków", którzy (które) w imię szczęścia własnej pociechy spędzają długie godziny na plotkach w piaskownicy, zamiast zająć się uczciwą pracą.
Ha! Kto nie czytał felietonu o Pani Perfekcyjnej, ten nie wie, jak bardzo zapracowana potrafi być tak zwana matka "siedząca z dzieckiem w domu".
Niemniej czas błogiego nieróbstwa nieubłaganie zbliża się ku końcowi, wkrótce przejdę na drugą stronę frontu i z oburzeniem będę wypowiadać się o matkach, które mają czas przesiadywać na ławkach, wystawiając twarz do słońca, przeglądających najnowszy numer "Party" i wydzwaniających do zapracowanych mężów z pretensjami, że ich tak długo nie ma w domu.
Rozpoczęcie pracy po tak długiej nieobecności wymaga jednakowoż pewnych przygotowań.
Należy na przykład nabyć kartę miejską (do tej pory jakoś nie była potrzebna - nie wiedzieć czemu wbrew zaleceniom z kolorowych pism dla młodych matek jakoś niezbyt często podróżowałam z dzieckiem do śródmiejskich parków, galerii i muzeów, wszystkie zaś podróże odbyte miejską komunikacją z dzieckiem w objęciach należałoby zaliczyć do silnie wyczerpujących tak fizycznie jak i psychicznie).
Tak więc karta miejska. Nie mam pewności, gdzie dokładnie można ją "wyrobić", wiem na pewno, że w biurach obsługi pasażera w metrze.
Przezornie, jeszcze podczas wakacji, odbywszy wycieczkę do centrum (z dzieckiem, a jakże) dokonałam czynności i kartę już mam.
Kartę należy także "naładować". Cóż, pewnie można w każdym kiosku. Jeśli jednakch chce się zapłacić plastikiem a nie gotówką - należy znaleźć stosowny punkt w mieście. Wiedziałam tylko, że taki punkt mogę znaleźć w metrze. Korzystając z tego, że akurat tam byłam - udałam się do punktu obsługi. Pech chciał, że akurat dziś. Kłębiący się wewnątrz pomieszczenia tłum jednak skutecznie mnie odstraszył. "Nie no, bez przesady, nie będę godzinę stać po to, by kupić bilet" - pomyślałam oddalając się pospiesznie. Na szczęście nieopodal (także na stacji Metra Centrum)znalazłam tajemniczy punkt, w którym widniały porozlepiane znaki ZTM i nie wiedzieć czemu nie było wewnątrz nikogo, prócz obsługi.
- Przepraszam, czy naładuję u państwa kartę miejską
- Tak
- Hura! - zawołałam - a dlaczego oni tam, naprzeciwko, stoją w tej kolejce, skoro tu nie ma kolejki?
- A bo oni, proszem paniom, dopiero sobie karty wyrabiajom, wiadomo, szkoła się rozpoczęła - objaśnił pan
- Acha - odpowiedziałam, zadowolona z siebie i z faktu, że wpadłam na pomysł, by kartę miejską "wyrobić sobie" tydzień temu.
- Pani nie zapomni skasować po wejściu do pojazdu - pouczył Pan ZTM
- Oczywiście - odpowiedziałam, po czym pierwszą podróż z kartą miejską odbyłam na gapę, gdyż zapomniałam skasować.
Ach, gdyby na tym kończyły się nieprzyjemności związane z podróżowaniem po mieście.
Skąd znowu!
Po pierwsze, należy unikać podróżowania podczas deszczu. Podróż w deszcowy dzień grozi tym, że deszcz z ociekających parasoli współpasażerów nakapie nam do torebki i naleje się do obuwia. Parasol bowiem w komunikacji zajmuje mniej więcej tyle miejsca, co pasażer i zawsze ale to zawsze wysiada pierwszy, dźgając w oczy osoby próbujące wsiąść.
Po drugie podróżując najlepiej mieć katar lub też nie oddychać (w ostateczności stać przy otwartym oknie, lecz z powodu ulewy okna bywają szczelnie pozamykane aby deszcz nie nakapał na parasole i ich właścicieli ściśniętych wewnątrz pojazdu). Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego należy wstrzymywać oddech - niech każdy sam stworzy własną teorię.
Po trzecie należy spróbować być niewidzialnym, szczupłym jak przecinek, tycim, tycim XXXesem - zwłaszcza, jeśli chce się zająć miejsce siedzące. Usiądzie ci taka obok, a nawet nie usiądzie lecz klapnie w rozkroku ukazując antygwałty do kolan, podłubie paluchem w zębach, nakapie kroplami deszczu z parasola mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem a swąd niemytego ciała rozejdzie się po autobusie od prawa do lewa, że aż masz ochotę wysiąść na pierwszym możliwym przystanku aby zaczerpnąć świeżego miejskiego powietrza.
Więc co, skoro podróż autobusem i tramwajem prezentuje się tak nieefektownie, to może jednak nie wracać do pracy?
Zostać w ciepłym domku, nie ryzykując, że jakiś kierowcaspieszący do pracy obryzga mnie błotem z ulicznej kałuży?
Jak myślicie?
czwartek, 2 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz