Ogródek. W ogródku, jak to zazwyczaj - zieleń. Pośrodku maluteńki stawik. Tyci, tyci.
Nad tyci, tycim stawikiem gipsowy amorek siusiający wodą do sadzawki. Obok amorka mały chłopiec. Nabiera na dłoń wody, którą sika amor i oklepuje go z wszystkich stron. Taka zabawa. Dwa kroki od dziecka siedzi na trawie matka, jednym okiem łypie na syna, drugie ma zamknięte, twarz wystawiona ku słońcu. Wygrzewa się.
W dali w altance reszta familii raczy się wiśniówką.
Naraz, co to?
Amor w wodzie, za amorem do wody wpada dziecko.
Ile to mogło trwać?
Zanim matka zdążyła zerwać się na równe nogi i podbiec do sadzawki?
Pięć sekund? Może siedem?
Matka nie pamięta. Wydaje jej się, że biegła wieki całe a w tym czasie jej dziecko topiło się w sadzawce.
Ręce matki wyciągają przemoknięte od skarpet po końce włosów dziecko.
Dziecko w szoku, ani piśnie.
Dopiero po chwili.
Matko, matko. Matko!
Czy to wina matki?
Może nie powinna pozwolić na to, by dziecko stało na zbyt mało stabilnym podłożu? A może powinna je trzymać za rękę?
Może.
Szczęśliwie, skończyło się tylko na strachu.
Chrzest bojowy dziecko ma za sobą.
Matka reagowanie w sytuacjach ekstremalnych także.
Zdarzenie trwało sekundy, lecz matka niedokładnie pamięta.
Lwica biegnąca na ratunek.
Tyle.
Jaki morał z tej historii? Zawsze miej przy sobie ubranie na zmianę dla dziecka. W tym obuwie.
Inne przemyślenia, wnioski i morały matka zostawi dla siebie.
piątek, 4 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Prawdziwy thriller! Na szczęście skońxzyło się dobrze!!!
OdpowiedzUsuń