Była sobie raz mała dziewczynka, Zosia. Zosia najbardziej na świecie lubiła jeść bułeczki prosto z piekarni oraz pić mleczko. Nic więcej nie chciała spróbować. No, może czasem banana albo naleśnika. A poza tym nic a nic. Nawet śmiesznych kolorowych kanapeczek, które mama Zosi co rano przygotowywała na śniadanie.
- Chcę bułeczkę! - wołała Zosia - nie kanapki! Bułeczkę!
I tak dzień w dzień.
Mama Zosi załamywała ręce i martwiła się straszliwie o zdrowie swojej ukochanej córeczki. Przecież wszyscy wiemy, że Rodzicie okropnie troszczą się o swoje malutkie dzieci i bardzo martwią, kiedy zagraża im coś niedobrego. No a jak tu się cieszyć, kiedy Zosia odmawia jedzenia pysznych słodkich jabłuszek i soczyście czerwonej marchewki? Owoców i warzyw pełnych witaminek? Mama Zosi martwiła się coraz bardziej lecz nie miała żadnego pomysłu w jaki sposób przekonać swoją ukochaną jedynaczkę do zjadania kotletów i kluseczek ze szpinakiem.
Aż tu nagle pewnego dnia w piekarni, gdy jak co dzień kupowała dla Zosi bułeczkę, spostrzegła w kolejce za sobą małego chłopczyka. Chłopczyk stał w kolejce razem z mamą i ze smakiem zajadał kanapkę z żółtym serem.
- O, jak pięknie chłopiec je drugie śniadanie, zobacz, Zosiu - zachwycała się mamusia - może ty też miałabys ochotę na pyszną kanapeczkę z serem
- Nie, nie - odpowiedziała Zosia, bo przecież ona doskonale wiedziała, że nie lubi żółtego sera. Dlatego go nigdy jeszcze nie spróbowała. Nie je się przecież rzeczy, których się nie lubi jeść.
Mama martwiła się coraz bardziej i bardziej.
Zrozpaczona mama radziła się swoich koleżanek "co robić? co robić?" - dopytywała na placach zabaw i na internetowych forach.
"Najlepiej posadź przed telewizorem, włacz bajkę i wtedy dziecko łyknie wszystko, co tylko zaserwujesz" - powtarzały się rady.
Mama Zosi posłuchała a potem bardzo, bardzo długo musiała wycierać czerwone plamy po zupie z dywanu a wypluty przez Zosię makaron ze ściany.
"Cóż, sprawdzone metody na moją córeczkę nie działają" - zauważyła mama a z jej oczu zaczęły płynąć łzy.
- Dlaczego płaczesz, mamusiu - dopytywała się Zosia
- Dlatego, córeczko, że jest mi bardzo, bardzo smutno - odpowiedziała mama
Córeczka zmartwiła się okropnie tym, że mamusi jest smutno i powiedziała "nie martw się mamusiu, jak chcesz to pozyczę Ci mój ukochany kocyk abyś się mogła trochę do niego poprzytulać, wtedy na pewno zrobi ci się weselej."
Mama jednak nie wzięła kocyka, przytuliła za to mocno do siebie swoją ukochaną córeczkę i ukradkiem otarła łzy.
Zosia nadal jadła niewiele, od czasu do czasu skradła jakiemuś innemu dziecku na placu zabaw ciasteczko i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek coś się zmieni.
Któregoś ranka mama Zosi nie wytrzymała i postawiła sprawę tak: zjesz trzy łyżki rosołu, to wtedy wyjdziemy na dwór. Nie zjesz - nigdzie nie pójdziemy.
Pomimo pięknego słonecznego dnia siedziały więc w domu, gdyż Zosia zupki nie zjadła a mama musiała być konsekwentna (bo tak nakazują uczone książki o wychowwywaniu małych dziewczynek).
Innym znów razem mama Zosi wymyśliła chytry plan: jeśli zjesz kotleta i surówkę - w nagrodę dostaniesz lizaczka (nie zdradziła oczywiście swej córeńce, że lizak jest absolutnie zdrowy, bezcukrowy i pochodzi z eko-sklepu. Dla dziecka wszak liczył się jedynie fakt, że lizaczek bezsprzecznie musiał być słodki a słodycze, jak większość dzieci, Zosia wprost uwielbiała). Zosia postanowiła przechytrzyć mamusię, ze wstrętem ugryzła kotleta dwa razy, przełknęła z trudem, po czym powiedziała, że już się najadła i poprosi lizaczka. Mama nie bardzo wierzyła w słowa córeczki lecz poddała się, wynagrodziła ją lizaczkiem a potem w trosce o pusty brzuszek, podczas spaceru, kupiła pyszniutką grahamkę.
Tak oto mijały dni, mama miała coraz bardziej zatroskaną minę, z rozpaczy i zgryzoty schudła o dwa rozmiary ( a tato Zosi o dwa rozmiary przytył - głównie ze względu na to, że musiał dojadać nietknięte przez Zosię posiłki).
Aż nadszedł dzien, w którym Zosia pierwszy raz poszła do przedszkola.
Mama strasznie się martwiła, co będzie, przecież w przedszkolu nikt nie kupi jej córeczce jej ulubionej bułeczki. Co, jeśli Zosieńka odmówi zjedzenia mielonego i ogórkowej? Czy wytrzyma cały dzień bez jedzenia?
Mama martwiła się tym strasznie, z tego zmartwienia nie mogła się na niczym skupić, zjadła całą gorzką czekoladę i sześć upieczonych wczoraj muffinek. Siedziała przy kuchennym stole i myślała, jak tam jej córka daje sobie radę.
W końcu nadeszła pora aby po długim dniu odebrać Zosię. Mama popędziła ile sił w nogach, kupując po drodze w piekarni ulubione bułeczki dla wygłodniałej córeczki.
Córka na jej widok rzuciła się w ramiona i powiedziała: "zaczekaj mamusiu, nie moge jeszcze iść, muszę zjeść jabłuszko na podwieczorek. Wszystkie dzieci też jedzą, bardzo lubię jabłuszka, dlaczego nie dawałaś mi takich w domu do jedzenia?"
Mama Zosi wybałuszyła oczy ze zdumienia.
Jabłko próbowała podać co najmniej dwa miliony razy, a to samo, pokrojone w kawałki, a to pieczone z cynamonem i cukrem waniliowym, a to ukryte w babeczkach lub plackach smażonych na patelni.
Za każdym razem musiała zjadać wszystko sama.
- A co z obiadem? - zapytała zszokowana mama panią nauczycielkę.
- Zosia zjadła pięknie zarówno śniadanie jak i obiadek, nie mogłam wprost, patrząc na nią uwierzyć w to, co pani wcześniej opowiadała, że z niej taki niejadek.
"Podmienił mi ktoś dziecko, czy jak"? - zastanawiała się mama Zosi w drodze powrotnej do domu
Nazajutrz sytuacja powtórzyła się, a potem znowu i znowu.
....
Jaki morał płynie z tej bajeczki?
Czym prędzej oddaj niejadka w dobre ręce do żłobka lub przedszkola.
A nuż stanie sie tak, jak w przypadku Zosi?
Czego matka wariatka życzy sobie i własnemu synowi!
niedziela, 25 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz