poniedziałek, 15 marca 2010

Miejska dżungla

„Kontrola za rok” – powiedział rok temu ortopeda. Jak na przykładną matkę przystało matka wariatka zapamiętała (w przeciwieństwie do przykładnych ojców, którzy zwykle do dat głowy nie mają), w stosownym czasie zapisała potomstwo na wizytę i postanowiła wybrać się z dwuletnim dzieckiem do centrum miasta komunikacją miejską. Wszak podróż tramwajem i ambotusem (o, przepraszam autobusem) to dla dwuletniego człowieka nie lada atrakcja.
„Przychodnia, jeden sklep, szpital na Działdowskiej, szmateks, doskonale, wszystko po drodze uda się załatwić” – obmyślała radośnie matka (wariatka!)
Połowa marca, śniegi stopniały, damy radę.
Aż tu nagle, całkiem niespodziewanie w niedzielę wieczorem zaczął padać śnieg (niech go szlag) i malowniczo zasypał całą obsraną przez hotdogi okolicę…
- Dacie radę – pokrzepił o poranku ojciec – śnieg jest ale po pierwsze zaraz stopnieje a po drugie temperatura całkiem znośna.
Niby wizytę można było przełożyć, nic pilnego, ale w ten sposób to i do lata by można czekać. Skoro umówione, to jedziemy, zadecydowała matka (wariatka!)
Jak postanowiła tak zrobiła.
- Pojedziemy dzisiaj, synu, autobusem do pana doktora – zawiadomiła dziecko matka
- Z tatusiem?!? – radośnie obwieściło dziecko
- Nie, nie z tatusiem, sami, tatuś musi dzisiaj iść do pracy – przypomniała dziecku matka
- Nie – dziecko na to
Jednakowoż pomimo zakazu tatuś oddalił się do roboty zarabiać na zachcianki dziecka i potrzeby żony a matka przystąpiła do czynności przygotowawczych w stylu pakowanie torby i nakładanie dziecku rajstopek
- Nie cieś do dokola – oznajmiło dziecko
- Może i nie chcesz ale i tak pojedziemy
- Nie, nie – zaprzeczyło dziecko
- Pojedziemy – upierała się matka nakładając na oporne nóżki spodnie a wcześniej koszulę, sweter i te wszystkie miliardy sztuk odzieży, które trzeba na dziecko założyć podczas zimy, niech to szlag!
- Nie, nie – zawodziło dalej dziecko – nie, nie, nieeee!
Matka co prawda przyzwyczajona do scen podczas ubierania na dwór zdziwiła się jednak nad gwałtownością protestów a na koniec odkryła Amerykę
- Boisz się?
- Boisz – przyznało dziecko
- Nie ma się co bać, będę z tobą i nic złego ci się nie stanie – pocieszyła matka i lekko wypchnęła dziecko za drzwi.
Potem jeszcze tylko krótka walka w windzie podczas zakładania czapy i rękawiczek i już byli na dworze.
„Którą drogę wybrać?” – rozważała w myślach matka – „mało czasu nam zostało”…
Ostatecznie postanowiła pójść na najbliższy przystanek i zadecydować w zależności od tego, jaki numer autobusu nadjedzie jako pierwszy.
Czy autorka zapomniała napisać, że wyjście nastąpiło bez wózka? Wózek spacerowy po pierwsze do niczego się nie nadaje, gdy napada nazbyt dużo śniegu, po wtóre dziecko wysiada zeń niespodziewanie zawsze, gdy zauważy coś ciekawego i zapragnie sprawdzić co to, po trzecie i nie ostatnie zaś, nader niedogodnie wsiada się z nim do środka komunikacji miejskiej innego niż niskopodłogowy.
Kto kiedykolwiek próbował wyjść gdzieś z dzieckiem za rękę a zależało mu na czasie i wiedział, że nie wolno zwlekać bo grozi to spóźnieniem ten doskonale potrafi sobie wyobrazić co czuła matka wariatka w drodze na przystanek.
Po drodze tyle atrakcji: a to śniegu napadało i chciałoby się pokopać, a to dźwig na budowie, a to pan z maszyną do odśnieżania, a to kałuża, chlap, chlap, śmieciara, wywrotka, ach jak tu ciekawie….
Dziecko zatrzymuje się co chwila, zagapia w coś, zamyśla…
- Nie mamy czasu – warczy Wzorowa Matka – tak, jakby nie wiedziała, że dziecko i tak nie pojmuje znaczenia jej słów. Zresztą, może to matka nie ma czasu, dziecko ma go całkiem sporo i właśnie wykorzystuje na ciekawe rozglądanie się po świecie.
Na czerwonym świetle przystanęli
- Iść – zakomunikowało dziecko
- Nie, czekamy bo mamy czerwone, pójdziemy na zielonym
- Iść – upierał się syn, dopóki nie spostrzegł w dali pracującej koparki.
Na zielonym wszyscy przechodnie przeszli spiesznym krokiem, tylko matka z dzieckiem zostali na środku, pomiędzy ulicami i światło znów zmieniło się na czerwone. Wszystko przez to, że matce nie chciało się złapać potomstwa za fraki i przetaszczyć czym prędzej na drugą stronę jezdni.
No to czekali.
W tym czasie oczywiście nadjechał autobus, zabrał pasażerów z przystanku i pojechał dalej.
„Cóż” – pomyślała matka – „nie ten, to następny”
Na przystanku:
- Usiąść – zakomunikowało dziecko
- Nie, nie możesz usiąść, ta ławka jest mokra…
Słysząc to Pani Siedząca na Ławce ochoczo wytarła krople wody przy pomocy własnej rękawiczki
Ale i tak nie usiedliśmy.
Syn oparłszy się wygodnie o matkę rozpoczął wygłaszanie komentarzy w stylu „czekamy na ambotus bo musi pijechać i pojedziemy do dokola, tak”.
Tak, żeby wszyscy, którzy byli ciekawi mogli się dowiedzieć co mały chłopczyk w środku zimy robi na przystanku o tak wczesnej porze.
Jeden przystanek „ambotusem” (nie myślcie, że ktoś wpadł na pomysł, by ustąpić miejsca), wysiadka, sport o nazwie bieg przez śnieg, następny przystanek i tramwaj.
Uff, wolne miejsce, można się wygodni rozsiąść z dzieckiem na kolanach i przystąpić do objaśniania świata (lub też do wysłuchiwania tego, co do powiedzenia na temat świata ma dziecko – ku uciesze pasażerów).
Zgadnijcie kim zapełnił się tramwaj o godzinie 9:30?
Podpowiem tylko, że nie byli to ludzie spieszący d pracy na etacie, ani też studenci ani nawet młodzież szkolna, ani przedszkolacy. Dodatkowo tylko jedna matka z dzieckiem.
Matka, przykro to mówić, nie ustąpiła miejsca nikomu i w ten oto sposób dojechali zatłoczonym pojazdem do celu. (wysiadając matka spostrzegła, że za nimi jechał PUSTY tramwaj o tym samym numerze, dlaczego zatem wszyscy staruszkowie pchali się do tego pierwszego, pozostanie dla niej na zawsze zagadką).
Potem jeszcze tylko druga tura zawodów „bieg przez śnieg z dwunastokilogramowym obciążeniem w rękach” i wylądowaliśmy na miejscu.
U lekarza, jak to u lekarza, płacz, że nie, nie, nie położyć, nie zobaczyć, nie zbadać itp. a potem już tylko miłe uśmiechy i ciekawe rozglądanie się dookoła. I po strachu! Na szczęście, uff.
Kolejna tura zawodów, tym razem „spacer przez śnieg z dwunastokilogramowym itd…”, oczekiwanie na tramwaj w otoczeniu gapiów i szlochającego dwulatka, nie, nie ten tramwaj, i tamten też nie, i tamten nie, o jedzie nasz, wsiadamy (w chwilach, gdy podjeżdżały tramwaje szloch ucichał i następowało oczekiwanie pomieszane z zaciekawieniem)
Wsiadamy.
Zgadujcie. 
Matka wariatka proponuje mały kłiz z cyklu „W miejskiej dżungli”.
Jeśli do tramwaju, w którym aktualnie nie ma miejsc siedzących wsiada matka z dwuletnim dzieckiem za to bez wózka:
a/ wszyscy rzucają się by ustąpić jej miejsca
b/ pasażerowie z pasją oddają się podziwianiu widoków za oknem tudzież lekturze prasy codziennej rozdawanej za darmo na ulicy
c/ wymieniają między sobą spojrzenia i komentarze „zachciało się bachora, to się teraz ma za swoje”
d/ radzą aby przesiadła się do drugiego wagonu, gdyż tam znajdzie miejsce siedzące
Bilet, bilet, bilet, gdzie ja mam bilet – głowie się matka – pierdolić bilet, będę się martwić jak kontrola zapyta.
Syn patrzy wyczekująco, matka nie patrzy wcale, młoda kobieta ustępuje, dziękujemy, siadamy.
Głowa dziecka coraz cięższa, cięższa, cięższa.
Już nie gawędzi tak wesoło jak w tamtą stronę.
A nawet wcale nic nie mówi.
Dziwne.
Śpi.
No to już matko wiesz, że niczego więcej po drodze nie załatwisz, choćbyś chciała.
Dziecko drzemie a matka kombinuje „wysiądę tam gdzie zawsze, to będę miała kawał do domu, ze śpiącym dzieckiem na rękach – to mnie przerasta”.
Szybka decyzja – przesiadka do autobusu.
Który nie nadjeżdża.
Dziecko śpi.
Pod przystankiem faceci, którzy każdą swą wypowiedź zaczynają od słowa na k.
- Kurwa, ale śniegu napadało, co nie?
- Kurwa, no właśnie. Już myślałem, że wiosna a tu dupa
- Kurwa, 190 jedzie, wsiadamy?
- Kurwa, nie, nie pasuje nam, co nie?
I tak dalej w tym stylu.
Aż się matka zaczęła zastanawiać czy w domu z małżonką/ konkubiną i dziećmi też w ten deseń lecą…
Matka siedziała sobie nieruchomo na ławeczce z zawiniątkiem (pokaźnych rozmiarów) w różowym kocyku niczym żebrząca Rumunka, tylko chustki jej na głowie brakowało (choć akurat by się przydała, bo wiatr zawiewał a matka wolnej ręki nie miała by czapę przywdziać).
Ostatecznie autobus nadjechał i matka ze śpiącym dwulatkiem na rękach wsiadła.
Stoi. Przy drzwiach. Nie przepycha się.
Ludzie się gapią.
Coś tam do siebie mamroczą, wymieniają spojrzenia.
Aż się wreszcie ktoś odezwał
- Pani usiądzie z tym dzieckiem, co tak pani będzie stała, tam dalej miejsca są.
Z oczywistych względów matce nie chciało się przepychać „tam dalej”.
Ostatecznie Pani Siedząca na Miejscu Najbliżej Wyjścia uprzejmie ustąpiła matce miejsca. Matka uprzejmie podziękowała i usiadła.
Na następnym przystanku ludzi wsiadło tyle, że matka zaczęła się zastanawiać jak znajdzie sposób, by się wydostać.
Jakoś się udało.
Uff.
Jeszcze tylko dotaszczyć synalka do domu.
Wtem synalek budzi się, rozgląda i dopytuje, dlaczego nie jedziemy „ambotusem już”?  
 

3 komentarze:

  1. Prawdziwy survival;) Podziwiam szczerze !

    OdpowiedzUsuń
  2. I jak to kochać to miasto? a najlepsze to sa przesiadki z autobusu na tramwaj na przykład...

    OdpowiedzUsuń
  3. I która odpowiedź była prawidłowa w Twoim przypadku?

    OdpowiedzUsuń